Wrzucając dzisiaj rano zdjęcia na blog sama zaczęłam się do siebie śmiać, ze jeszcze chwilka i nie będziecie chciały do mnie zaglądać bo ostatnio nie gości na blogu właściwie nic innego po za postami z szamponami i odżywkami a kolejne zdjęcia już się wgrały.
Trudno, kosmetyki włosowe są ostatnio mocno u mnie wykorzystywane więc należy im się parę słów chociaż.
Dzisiaj pora na kolejny szampon.
Tym razem firmy artego.
Jakiś już czas temu dostałam od tej firmy kilka kosmetyków przeznaczonych do naprawy włosów.
W paczuszce znalazł się między innymi szampon z serii dream rapair przeznaczonej do naprawy włosa.
skład:
Opakowanie to typowa plastikowa buteleczka z której dość łatwo wycisnąć kosmetyk.
Posiada bardzo mocne, solidne zamknięcie...i chwała mu za to:-)
Bo butla może sobie wędrować w torbie czy walizce i mamy pewność, że zamkniecie się nie rozwali i nic nam nie pozalewa naszych skarbów.
Szampon przeznaczony jest do naprawy zniszczonych włosów, a najlepszym do tego sposobem jest oczywiście keratyna i proteiny.
Protein nie mogło zabraknąć w tym kosmetyku.
Szampon zawiera serycynę, najdoskonalszą proteinę jedwabną która odbudowuje włos.
Natomiast składniki aktywne oczyszczają włókna włosa i spajają zniszczone, rozdwojone końcówki.
Szampon jednocześnie uelastycznia włosy, zapobiegając ich łamliwości.
A z osobistych obserwacji Michałosi?
Szampon posiada świetną konsystencję. Nie jest ani za rzadki ani za gęsty...jest taki w sam raz:-)
A do tego jak się pieni. Właściwie wystarczy tylko kropelka i już mamy na włosach masę piany.
Zauważyłam, że po myciu włosy są bardzo dobrze oczyszczone z kurzu, brudu jak i resztek kosmetyków.
Jednocześnie zachowują dłużej świeżość.
Po ponad miesięcznym stosowaniu stały się wygładzone, nie puszą się już tak jak kiedyś. Są sypkie a skręt moich loków stał się bardziej naturalny.
Od jakiegoś już czasu zdecydowanie chętniej sięgam po salonowe szampony do włosów, bo zdecydowanie widać różnicę w ich działaniu.
Niestety musimy się też liczyć z tym, że cena za te kosmetyki nie przypomina tych które widzimy na półkach z szamponami w Naturze czy Rossku.
Za 300 ml tego szamponu musimy zapłacić ponad 30 zł.
W sklepach stacjonarnych niestety ich nie dostaniemy. Raczej trzeba by poszukiwać tych kosmetyków w salonach fryzjerskich współpracujących z firmą artego.
Drogo? może i tak ale to jest zawsze coś za coś.
Ja chyba na dzień dzisiejszy widząc do jak dobrej kondycji udało mi się doprowadzić włosy wolę zainwestować w dobre kosmetyki do ich pielęgnacji niż w kolejną 50 parę butów.
A teraz po szamponowych opowiastkach trochę prywaty z życia;-)
Czyli jak to Misia ciapą jest i będzie.
Wczoraj zabrałam się za dopieszczanie włosów. Wiecie, ze jestem przeciwniczką używania suszarek i prostownicy. Suszarka idzie w ruch tylko kiedy brakuje mi czasu...doszłam do wniosku, ze szybciej ogarnę te moje loki jak je podsuszę...
Dziarsko powcierałam wszystkie specyfiki we włosy, podłączyłam suszarkę do kontaktu...i ujrzałam ogień.
Zapaliła mi się suszarka... kopnął mnie prąd.
W pierwszym odruchu suszarka wylądowała z całą siłą na ścianie gdzie zakończyła już całkowicie swój żywot. Po łazience rozniósł się smród spalenizny...a moja pierwsza myśl to włosy.
Nie widziałam nic, nie słyszałam nic piekła mnie ręka...zaczęło mi się kręcić w głowie ale cały czas myślałam co z moimi włosami...są? nie ma ich? spaliły się?
Szybkie spojrzenie pełne przerażenia w lustro...są. Patrzę jeszcze raz...są!
Wyszłam z łazienki usiadłam w kuchni i dopiero po kilku minutach doszło do mnie, że ...mam spaloną skórę wewnątrz dłoni...
Czyli nie mam suszarki, mam popaloną skórę...ale mam włosy:-)))
buziaki,
Michałosia
